O drodze do Australii (zdjęcia)

Zrobiłam to! Cel osiągnięty, misja wykonana!

Przez dwa i pół roku realizowałam projekt mający swój zaczątek w dziecięcym marzeniu.  Mimo, że nie było łatwo a czasami nawet bardzo ciężko, cieszę się, że przez to przeszłam. Ale od początku.

Kiedy wróciłam z Anglii miałam wszystko, co zakładał początkowy plan. Brakowało mi tylko zdrowia-faktu, że może się ono aż tak zepsuć nie przewidziałam.

Każdego dnia budziłam się z bólem pleców, a bóle brzucha były tak silne, że godzinami leżałam zwinięta w kłębek. Była to dość duża niedogodność, zważywszy na to, że wybierałam się college sportowy. Początkowo lekarzy odwiedzałam  średnio 2 razy w tygodniu, ci przypisywali leki- jedne działały, inne nie- wysyłali na badania i odsyłali do następnych, kiedy okazywało się, że wyniki miałam w porządku. I tak od gastrologa zostałam wysłana do ginekologa, następnie do chirurga, kardiologa, urologa, na lekarzu sportowym kończąc. I nic.

18-12-2015r.

Na niczym mi ostatnio nie zależy. Beznadzieja. Brak mi siły. Kiedy tak się nurzam w tych ponurych myślach, jest mi jeszcze gorzej.

16-01-2016r.

Moje życie jest żałosne. Jestem chodzącym smutkiem. Jak nie wyjdzie wyjazd do Australii to nie mam przyszłości.

Musi wyjść. Nie mam innego wyjścia.

17-02,-2016r.

Dziś w końcu znalazłam czas żeby poćwiczyć. Niestety znów mnie bolało, przez co popadłam we frustrację i wpadłam w cug ponurych myśli. O wszystkim. O sensie życia.

Ja bym po prostu chciała być zdrowa. Okazuje się, że to dużo.

Co ja mam zrobić ze swoim życiem?

29-02-2016r.

Dzisiaj stoczyłam ze sobą walkę. Walkę, by wstać i wyjść do pracy. Dawno nie czułam się tak paskudnie. W pracy zaczęłam od pójścia do łazienki, zamknęłam się w kabinie i płakałam.

17-04-2016r.

Czy da się przeżyć życie nie wychodząc z łóżka? I tak nic nie ma sensu, więc co za różnica czy będę bez sensu leżeć w łóżku czy użerać się z życiem…

Nie mam siły. Psychicznie ani fizycznie. Wszystko mnie przytłacza. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła być jeszcze kiedyś szczęśliwa.

19-04-2016r.

Zostałam pesymistą. Nie wiem jak to się stało… kiedyś wpadłam na nowy pomysł i widziałam przed sobą cudowna wizję tego, co będzie. Nowe pomysły budziły we mnie nowa energię,  patrzyłam na wszystko optymistycznie. Teraz każdy nowy pomysł rodzi obawy.

Coś mnie niepokoi. Ten niepokój kładzie się cieniem na całe moje życie. Niepokój o Australię. Czy dostanę wizę? Czy mam wystarczająco dużo pieniędzy? Nie jestem jeszcze do końca zdrowa. Wciąż bolą mnie plecy. Wciąż boli mnie brzuch podczas intensywnych ćwiczeń. A ja zamiast działać, zwlekam.

Ja nie jestem normalna. Ja jestem kurwa jakaś przekręcona. Ograniczona przez swoje lęki. Jestem kurwa frajerem.  Cieniasem. Potrzebuję pomocy.

24-04-2016r.

Nie jadę do Australii. Przynajmniej dopóki nie będę w pełni zdrowa. Wyleczę się i wtedy będę planować wyjazd.

Oprócz problemów z brzuchem miałam też bóle pleców. Ortopeda,który po zrobieniu RTG powiedział, że mam tak zbudowany kręgosłup, że już będzie bolało, zalecił rower i basen. Ale ja nie chcę roweru! Nie chcę basenu! Chcę być instruktorem fitness! Przyjaciółka po fizjoterapii poleciła mi osteopatę. Po dwóch miesiącach wizyt i wykonywania zalecanych ćwiczeń plecy przestały boleć. Przynajmniej jeden problem rozwiązany. Jednak nie było to wystarczające na tyle, by móc wrócić do treningów, do których przywykłam. Pogodziłam się z myślą, że pewnych ćwiczeń nie wykonam, że jeśli nie chcę sobie zrobić krzywdy, muszę uważać.

Mimo, że plan, aby zostać trenerem fitness nie wypalił, wciąż chciałam zrealizować swoje marzenie o wyjeździe do Australii. Musiałam je jednak nieco zmodyfikować. Do wyboru miałam albo typowy backpackerski  wyjazd albo wybór innego kursu. Chciałam, żeby podróż do Australii była nie tylko przygodą, ale też inwestycją w moją przyszłość, tak jak od początku zakładałam i właśnie z tego powodu zdecydowałam się na kurs języka angielskiego, po którym będę mogła zdawać egzamin Cambridge i zdobyć certyfikat. Tak też zrobiłam.

W ten oto sposób pierwotny pomysł półrocznego kursu instruktora fitness na Australian College of Sport and Fitness został zastąpiony 3- miesięcznym kursem języka angielskiego oraz wolontariatem w centrum rehabilitacyjnym żółwi morskich na Wielkiej Rafie Koralowej. Plan, że pieniądze na ten cel zdobędę pracując przez rok w Holandii upadł  po 4 miesiącach. Musiałam znaleźć inną pracę, a po zarobieniu potrzebnej kwoty, zmagać się z problemami zdrowotnymi. Mimo, że ostateczna forma mocno odbiegała od początkowej koncepcji, było warto!

Podczas tego wyjazdu zrealizowałam więcej niż jedno marzenie. Mieszkałam w Australii poznając tamtejsze życie codzienne, nurkowałam na Wielkiej Rafie Koralowej, pracowałam jako wolontariusz w centrum rehabilitacyjnym żółwi morskich i brałam udział w raftingu. Przeżyłam tam niesamowite chwile smakując najwspanialszy smak świata- smak spełnianego marzenia.

123abc (4)123abc (11)123abc (26)123abc (30)DSC_0857

Od prawie 3 tygodni cisza na blogu. Czyżby działo się aż tyle fantastycznych rzeczy, że brak mi czasu, by cokolwiek naskrobać? Nie. Obecny stan rzeczy streścić można w dwóch słowach: do dupy. Tkwię w sytuacji, którą muszę przetrwać. Możliwe, że kiedyś Wam ją opiszę. Teraz jest to zbyt świeże. I zbyt intymne.

 

Kolega opowiedział mi kiedyś historię, która pomaga mi przetrwać takie właśnie trudne chwile. Mówi  ona o uczniu, który przychodzi do mistrza. Za pierwszym razem skarży się na problemy podczas medytacji-nie wychodzi mu, nie może się skoncentrować. Wówczas słyszy od mistrza: „to minie”. Kiedy przychodzi do niego ponownie, zadowolony chwali się jak świetnie mu idzie- nic nie jest w stanie go rozproszyć podczas medytacji. I wtedy słyszy od mistrza: „to minie”. Gdy przychodzi do niego po raz trzeci, znów mówi o problemach, z którymi przyszedł za pierwszym razem. Także tym razem mistrz odpowiada: „to minie, to wszystko minie”.

Cisza na blogu…

Od prawie 3 tygodni cisza na blogu. Czyżby działo się tyle fantastycznych rzeczy, że aż nie mam czasu nic naskrobać? Nie. Po prostu jest chujowo. Tkwię w sytuacji, którą muszę przetrwać. Może kiedyś Wam ją opiszę, teraz jest to zbyt świeże i zbyt intymne.

Kolega opowiedział mi kiedyś historię, która pomaga mi przetrwać trudne chwile. Mówi  ona o uczniu, który przychodzi do swojego mistrza. Za pierwszym razem skarży się na problemy podczas medytacji-nie wychodzi mu, bo nie może się skoncentrować. Wówczas słyszy od mistrza: „to minie”. Kiedy przychodzi do niego ponownie, zadowolony chwali się jak świetnie idzie mu medytacja- nic nie jest w stanie go rozproszyć. I wtedy słyszy od mistrza: „to minie”. Kiedy przychodzi do niego po raz trzeci, znów mówi o problemach, z którymi przyszedl za pierwszym razem. Także tym razem mistrz odpowiada: „to minie, to wszystko minie”.

Podsumowanie roku 2015

 

Oj działo się, działo! Działo się w i życiu i w mojej głowie! Co się działo? Czytajcie poniżej.

 

1w 2015 roku:
-Zdałam egzamin na prawko,
-pierwszy raz kosiłam trawnik (tak, pracowałam jako ogrodnik nie mając      doświadczenia w koszeniu 😉 )
-pierwszy raz jeździłam po lewej stronie ulicy
-pierwszy raz pojechałam sama na wycieczkę (i bardzo mi się spodobało podrożowanie samej)
-pierwszy raz byłam w USA (i pierwszy raz przydał mi się mój paszport wyrobiony 4 lata temu)
-pierwszy raz jadłam śniadanie na pustyni ( i to o wschodzie Słońca)
-pierwszy raz byłam w kasynie (i to w Vegas)
-pierwszy raz zostawiłam bagaż na lotnisku
-mieszkałam w zabytkowym domu (na prawdziwej angielskiej wsi, o czym      marzyłam już lata temu)
-pierwszy raz (i mam nadzieję, że ostatni) byłam na pudelku
-pierwszy raz spóźniłam się na samolot
-pierwszy raz jechałam londyńskim metrem (i się w nim zgubiłam)
-pierwszy raz kompletnie sama wyjechalam do pracy w obcym państwie       nie będąc do końca pewną co mnie tam czeka
-pierwszy raz piłam herbatę z konopii (bez THC, pyszna, polecam)
pierwszy (i ostatni) raz jadłam ciastko z haszem
– płakałam, czułam się beznadziejnie, chcialam zrezygnować
– zastanawiałam się ile jeszcze wytrzymam
– Pogląd na życie: „wstaję, robię fantastyczne rzeczy, idę spać” umieściłam     w dziale „Legendy”
– zrozumiałam jak ważne jest w życiu poczucie sensu
– doceniłam swoich przyjaciół; zrozumiałam, że tak na prawdę liczą się Ci,     którzy zawsze są przy mnie, a poziom fajności nie wzrasta wraz z liczbą    znajomych
– Poczułam na własnej skórze ile trzeba się ozapierdalać, często nudnej,      monotonnej pracy, by mieć ciekawe życie.

Postanowienia na 2016r? Żadnych. Wiem czego chcę, na czym mi zalezy, do czego dążę. 2016 będzie więc dalszym ciagiem zaczętej ponad rok temu przygody. Szczęśliwego Nowego Roku!

Jak żyć i nie pracować- poradnik

Doszyły mnie dziś słuchy, jakobym rozpowszechniała informacje, że można nie pracować i żyć. Co więcej, że mam przyjaciół, którzy nie pracują i żyją. Chciałabym zdementować takie pogłoski, jednak wrodzona szczerość i uczciwość nie pozwalają mi kłamać Wam w oczy, nawet przez Internet. Tak, mam 2 psy. I oczywiście, że uważam, że jak najbardziej, jest to możliwe. Dla podparcia mojego twierdzenia posłużę się nawet kilkoma przykładami. 

„JAK ŻYĆ I NIE PRACOWAĆ”

Opcja nr 1. Zostań bezdomnym żulem.

Istotną zaletą takiego stylu życia jest totalna wyjebka i brak problemów, z jakimi mierzy się jakieś 99% społeczeństwa. Zaliczamy tu np. czynsz za mieszkanie, rachunki za prąd czy wodę, ubezpieczenie samochodu, podatki. Frajerzy. Ty masz ławkę z parku za darmo (czasem musisz stoczyć bitwę z innym żulem, by pokazać, że to miejsce należy do ciebie i tylko do ciebie), możesz jeździć komunikacją miejską całkowicie za darmo, bo przecież nawet jak do autobusu niespodziewanie wpadną kanary, ocali Cię od nich niepowtarzalny zapach Twojego niemytego od kilku miesięcy ciała. Co więcej, masz zagwarantowane miejsce siedzące- wszyscy pasażerowie bardzo chętnie udostępnią Ci nawet cały autobus w zamiar za komfort oddychania świeżym powietrzem na zewnątrz pojazdu. Jeśli zaś chodzi o jedzenie, które zazwyczaj pochłania dużą część miesięcznych dochodów, możemy powiedzieć, że leży na ziemi. Wystarczy podnieść, serio. Na pewno codziennie mijasz dziesiątki śmietników. Doświadczony żul wie, jakie skarby możesz tam znaleźć. Nieobgryziony dokładnie ogryzek jabłka, resztka coli w butelce, niedojedzona kanapka. Możesz pójść o lewel wyżej i kleknąć przed pobliskim kościołem. Wychodzący z mszy dobrzy chrześcijanie na pewno pochylą się nad potrzebującym.

Byłabym hipokrytką, gdybym nie napisała o wadach takiego stylu życia. Niewielkie, jednak należy o nich wspomnieć. Problem może stanowić brak ogrzewania w okresie jesienno- zimowym, brak dostępu do opieki medycznej (chociaż, jak zgnije Ci ręka to niewielka strata, nie pracujesz, więc nie będzie Ci potrzebna) i wszy (no ale przecież zawsze marzyłeś, by mieć swoje zwierzątko).

 

Opcja nr 2. Znajdź sobie bogatego męża (albo żonę)

Opcja o wiele bardziej kusząca , ponieważ oprócz totalnej wyjebki na rachunki i podatki, masz do dyspozycji luksusowy dom, samochód i kartę kredytową z limitem tym większym im mniejszym ilorazem inteligencji może poszczycić się Twój wybranek. Może się wydawać, ze to opcja jedynie dla kobiet, jednak z roku na rok przybywa starych, brzydkich  i grubych Niemek. Jeśli Ci się poszczęści, będą tak zapracowani, że będziesz spotykać ich tylko w nocy i weekendami.

Również i ta opcja nie jest pozbawiona minusów ujemnych. Masz z deczka przejebane jeśli Twojemu partnerowi (partnerce) śmierdzi z ust lub jest owłosiony (lub owłosiona) na całym ciele i bardziej przypomina starzejącego się goryla.

1 owłosiony

 Istnieje  też ryzyko, że jeśli partner(ka) poleciał(a) tylko i wyłącznie na Twoje młode, jędrne ciało, to po latach wymieni Cię na młodszy model z większymi silikonami , a w twoim wieku już nie tak łatwo znaleźć sponsora. Zawsze jednak możesz skorzystać z opcji numer 1.

 

Opcja nr 3. Wygraj w totolotka. Tego chyba nie muszę komentować.

 

Z mojej strony to tyle, czekam na Wasze komentarze. Napiszcie w nich koniecznie która z opcji najbardziej Wam się spodobała, jakie widzicie dodatkowe zalety, których nie wymieniłam. A może znajdujecie jakieś wady? Dzielcie się także swoimi pomysłami ja żyć, by nie musieć pracować.

 

P.S. Jakby ktoś nie zrozumiał ziejących z każdego zdania sarkazmu i ironi to wyjaśniam: masz większe szanse, że zabije Cię piorun kulisty, niż że będziesz miał(a) zajebiste życie bez konieczności pracy.

 

Nasze perypetie zza oceanu

Wszystko, co dobre szybko się kończy. Do Polski wracamy w zmniejszonym składzie: ja, Ania, Asia i Piotr. Z pozostałymi żegnamy się w Vegas – ich przygoda z USA będzie trwała jeszcze 2 tygodnie.

Po wcześniejszych perypetiach decydujemy, by wyruszyć na lotnisko nieco wcześniej. Odprawiamy się bez problemu, przechodzimy przez wszystkie kontrole zgodnie z planem. Znajdujemy swoją bramkę i czekamy.

 

Godzina odlotu zbliża się, jednak nic nie wskazuje na to, by mieli zacząć nas wpuszczać na pokład. Zerkam na tablicę informacyjną, a mój żołądek gwałtownie się kurczy- lot został opóźniony o 40 minut. Niedobrze- w Atlancie mamy tylko godzinę czterdzieści do samolotu do Europy. Biorąc pod uwagę, że to największy port lotniczy świata…

 

Kiedy po 40 minutach na tej samej tablicy informacyjnej wyświetla się informacja, że lot jest opóźniony o kolejną GODZINĘ, wiemy już, że nie zdążymy.

Przy bramce pojawia się obsługa.  Tłumaczymy osobie z obsługi jaka jest nasza sytuacja, a ona przez następne 30 minut pan wisi na telefonie przebukowując nasze loty.

W końcu informuje nas, że tej nocy już nic z Atlanty nie wyleci. Po wylądowaniu mamy zgłosić się do biura obsługi, gdzie otrzymamy vouchery na hotel. Z Atlanty wylecimy następnego dnia.

Lądujemy w Atlancie i zgodnie z instrukcjami kierujemy się do punktu obsługi, a potem po bagaże. One jednak postanowiły się nie pojawić. Idziemy do informacji i dowiadujemy się, że zobaczymy je dopiero w Warszawie. Fuck. Tego nie przewidziałam pakując do bagażu podręcznego książki a wszystkie ciuchy i kosmetyki do rejestrowanego. Nie tylko ja. Nikt z nas nie ma przy sobie ubrań na zmianę, więc później w hotelu czeka pranie w rękach.

Dziewczyny zaczynają panikować. UMRZEMY! Krzyczy bliska płaczu Anka a po chwili uradowana stwierdza, że to przecież fantastyczna przygoda! Wahania nastroju towarzyszą jej prawie cały wieczór. Ja już chyba za dużo przeżyłam, by przejmować się czymś takim. W porównaniu z groźbą spania na dworcu gdzieś pod Barceloną, to pryszcz 😉 Dziewczyny jednak nigdy czegoś takiego nie przeżyły. Panikują wzajemnie się nakręcając, a ja walczę z coraz większą chęcią uduszenia ich gołymi rękami i porzucenia zwłok na lotnisku 😉

 

Niedziela. Lot mamy dopiero po 23, wykorzystujemy więc czas, by pozwiedzać. Metro. Pani z informacji mówi nam gdzie nie iść żeby zachować wszystkie zęby i pomaga kupić bilety.

Wsiadamy do pociągu i po kilku stacjach orientujemy się, że jesteśmy jedynymi białymi. Dziwne uczucie. (Chodząc po mieście zauważamy, że jakieś 90% mieszkańców to murzyni).

Wyjeżdżamy z metra po najdłuższych ruchomych schodach jakie w życiu widziałam. Piotr pyta pierwszego napotkanego przechodnia o drogę, a ten po kilku chwilach stwierdza, że w sumie to może nas oprowadzić, bo idzie do biblioteki, więc mu się nie spieszy. Zyskujemy przewodnika.

 

Zwiedzamy Olympic Park ( tam już stała udekorowana świątecznie choinka), Philips Arena (to tutaj swoje domowe spotkania rozgrywa należący do ligi NBA klub koszykarski Atlanta Hawks) i  główną siedzibę CNN.

atlanta
Olympic Park
atlanta 2
CNN

Kierujemy się do World of Coca Cola, gdzie można zobaczyć cały proces produkcji napoju, którego składu pozazdrościłaby sama tablica Mendelejewa ;). Jednak kolejka i chyba przede wszystkim cena biletu, skutecznie nas od tego pomysłu odwodzi. Wchodzimy do znajdującego się zaraz obok sklepu Cola Coli. Można tam kupić wszystko,czego nie potrzebujesz: pluszowe miśki znane z reklam, przybory kuchenne, bieliznę ubrania a nawet biżuterię oraz takie dziwne rzeczy jak ogromne plastikowe butelki a nawet bombki choinkowe. Od tego dnia minęło już kilka tygodni, mi jednak do tej pory nie udało się zrozumieć: po co kupuje się takie rzeczy?

DSC_0195[1]

DSC_0202DSC_0200[1]DSC_0205[1]DSC_0198[1]DSC_0196[1]DSC_0204

Zjadamy najgorsze na świecie fast foody, a potem idziemy na amerykańskie piwko do baru, gdzie na widok kelnerek mężczyźni przestają być rasistami a kobiety zastanawiają się czy heteroseksualizm to na pewno dobra opcja 😉 Zostawiamy najwyższy, na jaki nas stać, napiwek i wracamy na lotnisko. Jednogłośnie stwierdzamy, że w sumie dobrze wyszło z tymi bagażami, bo przynajmniej nie musieliśmy taszczyć ich ze sobą całą drogę.

Na lotnisku jesteśmy ponad 2 godziny przed odlotem. Znów nie udaje nam się odprawić elektronicznie. Piotr prosi o pomoc starszego pana z obsługi. Natychmiast orientujemy się, że był to błąd. Pan wygląda jakby sam potrzebował pomocy. “Boże, niech on nam nie pomaga, bo wtedy na pewno nie dolecimy”. Moje modlitwy zostają wysłuchane: panu nie udaje się nam pomóc (uff, będziemy żyć) i kieruje nas do innego pracownika.

Lotnisko w Warszawie. Odbiór bagażu. O ile do tej pory byłam opanowana i przyjmowałam przeciwności losu ze spokojem, którego pozazdrościłby mi niejeden stoik 😉 tutaj zaczęłam czuć się jak przed egzaminem. Mimo, że na każdym kroku pytaliśmy ludzi z obsługi, czy nasze bagaże na pewno dolecą i za każdym razem byliśmy zapewniani, że będą w Warszawie, z każdą kolejna minutą nasza pewność maleje a kamień w żołądkach robi się coraz cięższy. Kiedy jako jedne z ostatnich, pojawiają się nasze walizki, oddychamy z ulgą! No, teraz można już spokojnie wracać do domu! Jedyne, o czym każde z nas teraz marzy, to prysznic.

 

A Wy? Jakie mieliście przygody w podróży?

 

Co się zdarzyło w Las Vegas?

ŚRODA

Lotnisko w Nowym Jorku. O ile dotychczasowa podróż przebiegła bez zakłóceń, z w tym miejscu zaczyna się robić ciekawie.

Czworo z nas odprawia się bez problemu. Reszcie automaty odmawiają wydania biletów. Następną godzinę spędzamy przed biurkiem pani próbującej wydrukować nasze bilety. Z każdą kolejną minutą jesteśmy coraz bardziej znudzeni i zdenerwowani. Mamy coraz mniej czasu do samolotu. Polecimy czy nie polecimy?

Pani w końcu wydaje nam bilety, ale uwaga – nie wiadomo, czy będą dla nas miejsca. Być może będziemy musieli czekać na kolejny samolot za… 4 godziny. Okazuje się, że linie lotnicze sprzedają 120% biletów, bo niektórzy pasażerowie się nie pojawiają (czyli to, że masz kupiony bilet, nie gwarantuje ci, że polecisz).

Otrzymujemy bilety,ale nie idziemy do bramek- my pędzimy. Mamy tylko 20 minut. Kontrola bagażu i biegniemy do bramki. Reszta grupy na nas czeka. Jesteśmy ostatni. Jeszcze chwila stresu: wejdziemy na pokład czy każą nam spadać na bambus?

Udało się! Lecimy wszyscy. 4 godziny lotu i inna strefa czasowa- cofamy zegarki o 2 godziny.

Z lotniska odbierają nas ludzie z Heinekena. Bus podstawia nas pod hotel. Robi wrażenie. Meldujemy się i otrzymujemy co następuje: informację, że ktoś się z nami skontaktuje oraz instrukcję, jak w tej sytuacji postąpić oraz dwa zaproszenia: na dzisiejszą kolację i jutrzejszą premierę.

DSC_0309

Wchodzimy do pokoju.

Red Rock Cassino- Resort -SPA
Red Rock Cassino- Resort -SPA

Po kilku minutach słychać pukanie do drzwi. Otwiera Ania, z zgodnie z instrukcją, na pytanie odpowiada „tak”. Kelner podaje nam po butelce schłodzonego Heinekena, podnosi metalową pokrywkę z tacki i podaje każdej z nas…

DSC_0310

Jestem zachwycona, bo mój staruszek co 5 minut domaga się, by rzucić nim o ziemię. Wieczorem dowiadujemy się, że będziemy na telefony dostawać instrukcję na temat kolejnych etapów misji.

O 18:00 wjeżdżamy na ostatnie, dwudzieste, piętro, gdzie czeka nas kolacja. Następnego dnia wyruszamy z hotelu już o 4:30 rano, nie siedzimy więc do późna.

CZWARTEK

Budzik dzwoni o 3. Jest to jeden z niewielu razy, kiedy wstawanie o tak wczesnej porze nie jest dla mnie katorgą. Przeciwnie, czuję ekscytację nadchodzącym dniem.

Autokary zawożą nas na pustynie. Jest jeszcze całkiem ciemno, na niebie widać księżyc i tylko dwie gwiazdy.

Zakładamy kask, ochronne gogle i jedziemy. Jest okropnie zimno, ale to nie przeszkadza napawać się pięknem tego miejsca.

DSC_0009

cherrychillwill
Zdjęcie z Instagrama cherrychillwill

Daleko, tuż nad horyzontem widać już blask budzącego się dnia.  Po 8 minutach ostrej jazdy dojeżdżamy na miejsce. Czekają na nas kelnerzy serwujący gorącą kawę, herbat i typowe english breakfast (angielskie śniadanie), a także przepyszne, świeżo pieczone i wciąż ciepłe drożdżówki.

alexgalmenau
Zdjęcie z Instargama alexgalmenau
akkoarius
Zdjęcie z Instagrama akkoarius

Podczas śniadania obserwujemy wschodzące słońce. Jest przepięknie. Potem jeszcze czas na zdjęcia.

DSC_0024

sofisofit2
Zdjęcie z Instagrama sofisofit

DSC_0030

Jest już zupełnie jasno, kiedy pakujemy się z powrotem. 8 minut jazdy quadami i wsiadamy do autokarów.

Następny przystanek – Tama Hoovera. Pół godziny zwiedzania, poczęstunek i zdjęcie.

zachspassport
zdjęcie z instagrama zachspassport

DSC_0053

DSC_0057

DSC_0059

DSC_0063

Adbunio ze swoim peryskopem 😉

DSC_0066

Ustawiamy się wszyscy na wielkiej planszy, każdy zgodnie z numerem, jaki wcześniej otrzymał. Przyjeżdża też jeden z aktorów grający czarny charakter w Spectre- Davide Bautista. Każdy z nas może zrobić sobie z nim zdjęcie.

nelliep77
Zdjęcie z Instagrama nelliep77

Jeszcze spływ rzeką Kolorado

DSC_0085

IMG_20151113_234756

i wracamy do hotelu na obiad.

gunastic
Zdjęcie z Instagrama gunastic

Wieczorem spotykamy się wszyscy w hotelowym lobby. Sprzed wejścia do sali kinowej zabierają nas auta. Krótka sesja na ściance…

a

grupowe
Ekipa z Polski; od lewej: Ania, Piotr, Marcin, Natalia Siwiec, Ania, Marek Hoffman (Adbuster), ja i Karol Paciorek (Lekko Stronnyczy, KWTW)

… i film.

Jeśli o mnie chodzi, najbardziej podobała mi się pierwsza scena i muzyka z czołówki 😉

Po filmie czas na bankiet. Trwa do północy, potem taksówki hotelowe wożą chętnych do centrum Las Vegas, gdzie mamy wejścia VIP do najbardziej ekskluzywnego kasyna w mieście- Cesars Palace (jeśli oglądaliście Kac Vegas- to właśnie to miejsce). Po tak intensywnym i długim dniu jedynym o czym marzę jest łóżko. Wiem, słabo, ale nie miejcie mnie za nudziarę 😉

Moja batalia o wizę, czyli (nie)krótka historia o tym jak wszystko poszło nie tak

Wygrałam wycieczkę do Las Vegas!!!

A było to tak…

Oglądam (tłumaczy o co chodzi od 3:35):

wpadam na pomysł, a następnie dodaję na Instagram to zdjęcie:

Screenshot_2015-10-29-18-59-55 (1)

Po kilku dniach otrzymuję na maila wiadomość

[P.S. Jeśli masz problem z odczytaniem- kliknij w zdjęcie, powiększy się]

spyfie 1

67868_moja-ex-przytyla

Po początkowej fazie ekscytacji, chwaleniu się wszystkim dookoła, znow włączam zdroworozsądkowe myślenie: jakie mam szanse dostać wizę?
Zagłębiam się więc w wszechwiedzące internety i nachodzi mnie fala wątpliwości.

Musiałabym wyjechać wcześniej z Jaggards
… ale pracy już prawie nie ma…
Nie wiadomo czy dostanę tę wizę…
….Jak nie spróbuję będę żałować
…co na to Graham?

Po dniu intensywnego rozmyślania pisze SMSa do szefa: Byłbyś zły, gdybym wróciła do Polski w poniedziałek? Postanowiłam ubiegać się o wizę i jechać do Vegas, żałowalabym gdybym zrezygnowała.
I dostaję odpowiedź: Oczywiście, że nie. Musisz robić to, co czujesz, że chcesz!

Yabadabadu-u 😀

PONIEDZIAŁEK. POLSKA. KRAKÓW. Wysyłam do koordynatora wycieczki potrzebne do wizy dokumenty i wypełnioną ankietę.
WTOREK RANO. KRAKÓW. Otrzymuję e-mail zwrotny:

Pani Magdo,

Mamy komplet dokumentów. Niebawem wrócimy z terminem spotkania w Ambasadzie. (…)

Wychodze na miasto rano i wracam wieczorem. Sprawdzam skrzynkę.

Pani Magdo, 

brakuje zdjęcia. Proszę o dostarczenie fotografii jak najszybciej to możliwe.

ŚRODA. KRAKÓW. Robię zdjęcie u fotografa. Obiecuje jak najszybciej przesłać na maila.
ŚRODA WIECZOREM. KRAKÓW. Otrzymuję zdjecie i natychmiast dosyłam do dokumentów.
CZWARTEK. DOM.

Pani Magdo,

Widzimy, że ma Pani już konto założone w Ambasadzie na konto e-mail podane we wniosku co wstrzymuje działania z naszej strony. Czy samodzielne umówiła się już Pani na spotkanie?

Rozmkminiam. Jak to możliwe? Przeczesuję skrzynkę w poszukiwaniu wiadomości, którą zawsze otrzymuje się po rejestracji. Nic. Wchodzę na strone ambasady. Szukam. Dalej nic. Przeczesuję historię. Na jednej z nich znajduje zakładkę Zapisz się. Klikam w nią, a następnie Nie pamietasz hasła? Wpisuje swojego maila i po chwili otrzymuję nowe hasło. Przesyłam je e-mailem do koordynatora. Do tej pory nie wiem jak to się stało 😀
PIĄTEK.

Pani Magdo,

Kolejnym etapem misji jest spotkanie w Ambasadzie USA.

Spotkanie w Ambasadzie USA odbędzie się 27.10.2015r. (wtorek) o godzinie 11:00 w Warszawie ul. Piękna 12.

PONIEDZIAŁEK. LUBLIN. Jestem na mieście, kiedy dostaję maila z ambasady:

Do formularza DS-160 nie zostało wgrane zdjęcie. Prosimy o przyniesienie odbitki   zdjęcia (…) i okazanie jej podczas rejestracji wniosku wizowego.

Idę Krakowskim Przedmieściem i rozkminiam jak mam to zrobić.  Podnoszę głowę i spostrzegam szyld: EKSPRESOWE ZDJĘCIA. Yeah. Wchodzę i pytam: czy wydrukuje mi Pan zdjęcia z telefonu?
Jak najbardziej.
Super. Ściągam zdjęcie na telefon, a pan podłącza go do komputera i pyta się w jakim folderze.

W pobranych– odpowiadam, zastanawiając się, czy nie ma tam nic, czego nikt oprócz mnie nie powinien zobaczyć.
Pan kopiuje zdjęcie na komputer, porównuje z szablonem i mówi, że zdjęcie jest źle przycięte -.-
Kosztowało 44 złote i jest ŹLE PRZYCIĘTE?! Krzycze z niedowierzania w środku.
Na mailu mam jeszcze jedno, nieprzycięte. Pobieram, pan kopiuje i wstawia do szablonu. Za wąskie. Brakuje jakies 2 milimetry, ale to da się załatwić fotoszopem 😀

Czekam 5 minut, płace 15 złotych, dziękuję i wychodzę.

PONIEDZIAŁEK. WIECZÓR. Otrzymuję maila od koordynatora z resztą dokumentów, które potrzebne będą w ambasadzie. Drukuje. Na potwierdzeniu dokonania opłaty wizowej widnieje moje nazwisko… z błędem.

WTOREK. WARSZAWA. Spotkanie w ambasadzie o 11, ja jestem w stolicy już o 8.30. Postanawiam przejść sie i siąść gdzieś na kawie.
10:30 Z nudów przeglądam dokumenty do wizy i orientuję się, że te wczoraj drukowane zostały w domu. Płacę za kawę i pędzę do mijanego wcześniej punktu ksero.

Wydrukujecie mi coś z internetu?
Jasne.
15 minut później jestem już w Ambasadzie. Podchodzę do pierwszego okienka, pokazuję potwierdzenie spotkania, doateję numerek 176 i idę do następnego.

Dzień dobry.
Dzień dobry.
Podaję dokumenty i  dowiaduję się, że moje zdjęcie nie przejdzie, bo ma za ciemne tło.
Moje kiszki w tym momencie wykonały podwójne salto.
Pani pójdzie  tu jest automat, za 20 złotych zrobi pani zdjęcie i zaraz do mnie bez kolejki wróci.

Cyk, pyk i gotowe.
Zostało ostatnie okienko- rozmowa z ambasadorem. Kolejka. W ciągu  10 minut oczekiwania moje wnętrzności urządzają party hard.
176

Dzień dobry
Dzień dobry
Następnie 3 pytania: „Czy była już pani w Stanach, co będzie tam pani robić i czym się pani zajmuje?”

Jestem już w drodze do domu, kiedy otrzymuję maila od koordynatora

spyfie 2

Wąwóz Cheddar- o tym pewnie nie słyszałeś!

Londyn, Manchester, Liverpool, Oxford, Cambridge, Stonehenge – to miejsca, które wymieni każdy, zapytany o Anglię. Ktoś bardziej rozeznany w angielskiej kulturze wspomni jeszcze Bath. Ale czy ktoś słyszał o Wąwozie Cheddar? Ja też nie 😉

Samochód, nawigacja i jadę. Po godzinie droga staje sie straszliwie kręta a w okół niej wyrastają wysokie skały. Za przykładem innych kierowców, zostawiam auto na poboczu. I bardzo dobrze, bo kilkaset metrów dalej znajdują się parkingi płatne 😉 Wysiadam z samochodu i zaczynam rozglądać się za trasą w górę. Wszędzie jest jednak bardzo stromo. Mijam wiele miejsc do wspinaczki, więc jeśli są tu jacyś miłośnicy- polecam.

a2

a1

Cheddar to małe miasteczko pełne turystów z dziećmi zwiedzających przede wszystkim sklepy z pamiątkami wypchane plastikowymi pamiątkami made in China, sklepów pełnych słodyczy a także serów i cydru, z którego słynie ta miejscowość. Można skorzystać z oferty wycieczek po jaskiniach ciągnących się pod wąwozem. Mnie interesuje jednak zupełnie co innego. Zawracam postanowiwszy wdrapać się na szczyt jedną z dwóch ścieżek, które mijałam. Z dołu wyglądała groźnie i początkowo mam pewne obawy. Ale kiedy zobaczyłam wchodzącą na szczyt parę staruszków, powiedziałam: jak oni mogą to i ja 😀

Ścieżka wiodąca na górę jest wąska, usypana małymi, obsuwającymi się kamyczkami. Trzeba iść ostrożnie uważając, by razem z tymi kamykami nie zjechać na dół. Czasem do pomocy potrzebne są wszystkie cztery kończyny. W połowie drogi przystaje by podziwiać widoki. Jest pięknie! Nie trzeba sztucznie uśmiechać się do zdjęć- banan na twarzy pojawia się sam 🙂

2 1

W drodze na szczyt najpierw mijam królicze bobki, a potem kilka metrów dalej dostrzegam ich sprawcę 😉 Pan królik siedzi i zajada trawkę. Na szczycie jest zaledwie parę osób i stado kozić. Zajadają trawę w odległości zaledwie kilkunastu metrów. Miejscami muszę też uważać pod nogi, by nie wdepnąć w kozie g… 😉

3 4 5 6 7 koyice 8 9 10 11

Wąwóz nie jest ogromny. Przejście od jednego końca do drugiego zajmuje zaledwie 2 godziny. Potem można siąść na brzegu i zrobić piknik- jest to idealne miejsce do tego. Cisza, spokój a przede wszystkim niesamowite widoki!  Polecam!